No tak. Dzień jak co dzień. Nic ciekawego. Znowu jestem sama. Zerwałam z Pawłem. Nie był w moim typie. Już prędzej Tomek, albo Piotrek. Ale Paweł? Nie, to nie mógł być mój książę. Wątpię w to, że kiedykolwiek go znajdę. No cóż, może nadejdzie ten moment. Był już Tomek, Piotrek, Paweł... A i jeszcze ten Marcin, którego kolega – Kamil - był palantem. Sądził, że jest moim ideałem, ale to Marcina wtedy wybrałam. To było... jakieś pięć lat temu. Tak, pięć lat. Wieczność. Marcin wyjechał do Anglii, a i Kamil podobno nie był gorszy (pojechał do Stanów; Kalifornia i takie tam... ach, Kalifornia: słońce, plaża, góry, parki...).
Idę do Julki. To jest myśl. Ona coś wymyśli ciekawego, jak zwykle zresztą. Powygłupiamy się, poszalejemy. To dobrze, ze dziś sobota. Będziemy miały więcej czasu dla siebie. Teraz, gdy chodzimy do liceum, wszystko się zmieniło. No, ale cóż, takie jest życie. W co ja się ubiorę? Zaraz, zaraz... dziś jest sobota! No, i to jaka!? Umówiłam się z Julką na zabawę. My, chłopcy i muza przez całą noc. No tak. To już wiem, że poszalejemy. Tylko teraz tym bardziej nie wiem w co się ubrać. O, chyba dzwoni Julka. Nie to tylko sms od niej:
„Hejka! Mam nadzieje, że pamiętasz o dzisiejszej imprezce, sklerotyczko. A i ubierz się w tą nową bluzkę i dżinsowe spodnie. Buziaki! Julka”
No tak. Nazywa mnie sklerotyczką. O tej imprezce nie zapomniałam. Nowa bluzka? O niej zupełnie zapomniałam, ale to nie znaczy, że może mnie tak nazywać. Ja jej dam sklerotyczkę. Niech no tylko się spotkam z nią. Dobra, ubieram się i spadam.
i-love-you 11/08/2006 09:27:24 [Powrót] Komentuj